główna strona
wróć
Czy możliwe jest Państwo Światowe?
Ostatnia zmiana: 10.03.2016, Autor artykułu: Joanna Łabuzek
artykul-0078.jpg

Zalety kosmopolityzmu a opór jednostki przed unifikacją.

Data utworzenia tekstu: 27.05.2010

Idea świata bez granic nie jest całkiem nowa, jak można byłoby sądzić. Już w starożytności znaleźć można przykłady takich postaw. Mam tu na myśli sofistów, a zwłaszcza Hippiasza, który głosił ideę równości wszystkich ludzi. Kosmopolityzm sofistów był skutkiem ważnego rozróżnienia: tego co pochodzi z natury (phisis) i tego, co jest ustalone umową, konwencją (nomos). Uważali oni, iż prawo, obyczaje, język, moralność, a wreszcie też i kultura, jest tworem czysto ludzkim, nie mającym oparcia w wartościach tkwiących w naturze. To czysta konwencja i umowa międzyludzka. Tak samo traktowali wszelkie ustroje polityczne, nawet ideę samej państwowości. Natura wedle Hippiasza łączy ludzi, a prawo stanowione – dzieli. Nikt nie urodził się niewolnikiem, wszyscy są sobie równi, a granice państw to tylko umowne podziały, nie mające odzwierciedlenia w naturalnej kondycji człowieka. Z tej idei równości niektórzy z sofistów wysnuwali czasem zaskakujące wnioski. Prawo silniejszego, które widać w przyrodzie, miało uzasadniać władzę tych, którzy byli w stanie ją zdobyć. Z kryterium równości wywiedziono absolutną, naturalną nierówność ludzi, po to, by usprawiedliwić zaborcze działanie silnych jednostek.

Jednak nie wszyscy tak uważali, większość sofistów opowiadała się za demokracją, jako ustrojem, który najlepiej może się przysłużyć rozwojowi indywidualnemu. Obywatel świata – nie przypisany do żadnego z polis, tolerancyjny wobec innych kultur - to „oświeceniowy” ideał sofistów. Można zaryzykować tezę, że są to już jakieś zalążki globalizacji, a przynajmniej próby, jakie myśl sofistów podjęła w kierunku upowszechnienia egalitaryzmu w ówczesnym, znanym im świecie.

Świat szedł jednak wciąż naprzód. Wojny, partykularyzm, kształtowanie się narodowości, podbój i upadek – to bieg dziejów Europy, ale też reszty świata.

Refleksja filozofów nad losami człowieka, uwikłanego społecznie i politycznie, wielokrotnie podejmowała temat ładu społecznego oraz możliwie najlepszego systemu państwowego. Już Dante, żyjący w czasach, gdy możne rody wyrywały sobie władzę, nie licząc się z krzywdą zwykłych ludzi, postulował monarchię światową. Guillaume Dubois pragnął pokoju, a przynajmniej zawieszenia wojny między państwami chrześcijańskimi. Nasz rodak Frycz- Modrzewski uważał, iż jedynie wojna obronna jest dopuszczalna, a Kant sformułował ideę wiecznego pokoju. Zatrzymam się na chwilę przy Immanuelu Kancie. Uznawał wojnę za barbarzyństwo niszczące ludzką kulturę. Wojny hamują postęp a udoskonalenia w uzbrojeniu mogą zagrozić przetrwaniu ludzkiego gatunku. Co prawda zdawał sobie sprawę, że wojny w pewien sposób przyczyniają się też do rozwoju np. techniki czy nauki, jednak skutki i straty jakie wojna przynosi są nieporównywalne do tych nikłych korzyści. Postulował eliminację wojen środkami prawnymi. Chodziło tu o takie przekształcenie prawa międzynarodowego, w myśl którego wywołanie wojny byłoby czymś na równi z przestępstwem. Widać tu pewną zarysowującą się już ideę państwa światowego, może nie homogenicznego, ale bardziej na zasadzie wspólnoty międzynarodowej państw, które stałyby na straży pokoju. Była to, jak pokazała historia, wizja utopijna.

Co zatem stoi na przeszkodzie, aby ideał pokojowego współistnienia państw stał się faktem?

Przyczyny z pewnością są złożone, i być może leżą głębiej, niż chcieliby tego filozofowie polityki. Czy jest to kwestia ustroju? Przytoczę tu pogląd Pierra Hassnera na temat źródła wojen:

  • sama ludzka natura

  • wadliwe ustroje społeczne (niektóre ustroje bardziej sprzyjają wojnie)

  • struktura środowiska międzynarodowego.

A więc nie tylko brak idealnego ustroju, instytucji czy mechanizmów powoduje to, że nie można zbudować stabilnego systemu światowego ładu. Oskarżona zostaje tu ludzka natura, skłonność do agresji, egoizmu i nienawiści. Pobrzmiewa tu hobbesowska nuta, jakoby człowiek człowiekowi był wilkiem. Thomas Hobbes nie ma złudzeń co do ciemnej strony istoty ludzkiej. Byłoby naiwnością sądzić, że nie miał racji w tej kwestii. Nie jest to jednak cała prawda o człowieku.

Wróćmy jednak do tematu i współczesnych czasów. Większość ludzi uważa, że demokracja w obecnym kształcie jest najlepszym ze znanych nam ustrojów państwowych. Podstawą demokracji jest to, że władzę sprawują wybrani spośród obywateli w powszechnym głosowaniu ich przedstawiciele. Taką zasadę rządów można przenieść też do ustroju federacyjnego. Przykładem może być Wspólnota Europejska, gdzie federacja niepodległych państw narodowych jest zarządzana przez wybranych w ramach państw narodowych przedstawicieli. Ale nie chcę wgłębiać się w kwestię instytucjonalizacji czy form organizacyjnych, jakie mogłyby zostać ustanowione w ramach federacji światowej. Interesującym mnie bardziej aspektem jest to, czy człowiek jest w stanie zgodzić się z pewnego rodzaju unifikacją w ramach takiej wspólnoty. Tym co zazwyczaj uznaje się za czynniki konieczne dla istnienia narodu to terytorium, granice i swego rodzaju „centrum”. Ważny jest też zunifikowany system prawny. Ale naród to nie tylko to. Wspólnota polityczna nie wystarczy aby stworzyć naród. Potrzebna jest jeszcze wspólnota „odczuwania”, wspólne korzenie etniczne i na przykład religijne. Dużą rolę odgrywa tu pewna tożsamość kulturowa, a więc wspólny język (wydaje mi się jednym z ważniejszych czynników), mitologia, historia, religia. Na bazie takich różnic polaryzowały się dawne wspólnoty, formując przez wieki dany naród. Być może dystynkcje między narodami są jeszcze głębsze, mówi się przecież zróżnicowanej mentalności wśród narodów. Powściągliwy Szwed z dezaprobatą zapewne będzie patrzył na wylewność Włochów, nie mówiąc już o animozjach między Polakami a Niemcami. Są to być może wielowiekowo utrwalane stereotypy, jednak nie można ich pominąć. Jak możliwe byłoby zjednoczenie tak odmiennych kultur jak zachodnioeuropejska i na przykład hinduska? Wydaje się to nierealne, niemal podpada pod fantastykę. A jednak raz się już to zdarzyło. Mam na myśli oczywiście Amerykę. Z wielu milionów różnych emigrantów, przybyłych za pracą i chlebem powstało kulturowo mozaikowe państwo, mimo że nie mieli przecież jako tako wspólnych korzeni. Jednak przez lata wytworzyła się niezwykła wspólnota odczuwania, tożsamość została stworzona na nowo, choć nie stało się to od razu. Przykład Ameryki dostarcza ciekawego materiału dla takiej analizy. Okazuje się, że ludzie mogą skrajnie się od siebie różnić, religijnie, kulturowo, językowo, a i tak jest możliwe zjednoczenie ich pod wspólnym sztandarem. Mam wrażenie, że takim sztandarem musi być jakaś ideologia, bądź idee. Zacytuję tu preambułę konstytucji Stanów Zjednoczonych:

My naród Stanów Zjednoczonych, w celu tworzenia doskonalszej unii, ugruntowania sprawiedliwości, zapewnienia spokoju wewnętrznego, umożliwienia wspólnej obrony, popierania ogólnego dobra i zagwarantowania wolności dla nas samych i dla naszych potomków, uchwalamy i ustanawiamy niniejszą Konstytucję Stanów Zjednoczonych"

Widać tu główne idee: sprawiedliwość, pokój, wolność. Pod takimi hasłami ludzie byli w stanie się zjednoczyć i budować swoją przyszłość.

Jakie idee dzisiaj byłyby w stanie zjednoczyć ludzi? Trudno powiedzieć. Ale można zaryzykować twierdzenie, że w imię ogólnie pojętego dobra ludzkości. Największy problem stanowią przebiegające przez kontynenty podziały, zwłaszcza religijne. Jest wiele punktów zapalnych na świecie, wynikających z wielorakich przyczyn. Czy to będą walki o terytoria, choć dzisiejszy świat wydaje się być pod względem narodowościowym dość ustabilizowany – trzeba by było rozwiązać kilka palących kwestii (np. Kurdów, Palestyńczyków, czy Tybetańczyków). Jednak największym problemem jest różnica w poziomie ekonomicznym. Jest to złożony problem, przykładem może być Afryka, gdzie workiem bez dna jest tamtejsza gospodarka, mimo (a może właśnie dzięki temu) pomocy międzynarodowych instytucji. Nie można też pominąć podziałów religijnych, a zwłaszcza wojującego islamu, który nie tylko walczy o prawo do zachowywania własnej wiary, ale wręcz chce ją narzucić całemu światu. A może chodzi w tym o całkiem coś innego? Trudno powiedzieć, może nie tyle skąd bierze się terroryzm, ale jakim naprawdę celom służy. Czy jest to jedynie aż do absurdu posunięty fanatyzm religijny, czy walka o wpływy w świecie. Ciekawą opinię usłyszałam niedawno z ust amerykańskiego profesora, znawcy islamu, iż mahometanie nie znają słowa „świecki”. Ich życie jest ściśle podporządkowane prawu Koranu, zarówno państwowość, instytucje, życie społeczne nieustannie nawiązują do religii. Można by powiedzieć, iż to co się dokonało w Europie w XVII wieku – czyli sekularyzacja życia, u mahometan ma przebieg odwrotny – coraz ściślejsze związki z religią : „zreligijnienie”. To na pewno nie ułatwia dialogu.

Jak widać, wiele będzie rodzajów rozumienia „dobra ludzkości”. Nie ma co liczyć na to, że wszyscy chętnie zgodzą się na jedną interpretację. Wydaje się jednak, że potrzeba pokoju i tolerancja wzrasta w społeczeństwach proporcjonalnie do osiągniętego przez nich dobrobytu i poziomu oświaty. Droga do powszechnego dobrobytu jest jednak ciernista, nie wiem czy w ogóle możliwa. Kapitalizm i wolny rynek to najlepsze doktryny ekonomiczne, jakie znamy. Nie można się jednak łudzić, że kapitalizm zawiera w sobie humanitaryzm. Chciwość zysku rośnie wykładniczo w stosunku do osiąganych rezultatów. Tu znowu natura ludzka daje znać o sobie, a Hobbes ze zrozumieniem pokiwałby głową.

Czy można wypracować pewien do przyjęcia dla wszystkich wzorzec państwowości, ekonomii czy życia społecznego w ogóle? Nam, Europejczykom wydaje się, że posiadamy uniwersalną wizję ładu światowego, zasada „żyj i daj żyć innym” wydaje się sensowna. Inni zapewne tego by nie powiedzieli.

A może nie potrzeba nam wcale żadnego państwa światowego? Może taki różnorodny, pełen napięć i sprzeczności świat jest ciekawszy? Po co unifikować, jednoczyć, na siłę wtłaczać ludzi w jakieś ramy, a wszystko pod hasłem „dobra ludzkości”. Zawsze znajdą się tacy, którzy pod przebraniem będą realizować swoje egoistyczne cele, bo wiadomo przecież, że egoizm to cecha dominująca w człowieku (niestety nie rozum, jak to chcieliby niektórzy). Wszystko byłoby w porządku, nie mam nic przeciwko różnorodności, sprzeczności, a nawet egoizm w przyzwoitych granicach jest zdrowym odruchem. Jednak ciągle naiwnie myślę, że cierpienie jest czymś złym, a świat taki właśnie jest – pełen niezawinionego cierpienia, pełen przemocy, okrucieństwa i agresji. Dlatego przyszła mi na myśl idea państwa światowego: państwa - świata ludzi wolnych, nieuciskanych, traktowanych godnie. Państwa na miarę współczesnego, rozumnego przecież człowieka.

 

Komentarze(0)

Podpis:
W celu potwierdzenia, zaznacz pole pod znakiem: P
Capcha
(c)2007-2016 Waldemar Miotk - ostatnia aktualizacja silnika 06.02.2016 - Twój IP: 54.174.43.27. Ta strona, aby lepiej działać, używa plików cookie przechowywanych na komputerach użytkowników. Wszystkie prawa do tekstów zamieszczonych na stronie są zastrzeżone, chyba że przy konkretnym tekście znajduje się inna informacja.
go up